jesień w poznaniu, jesień wszędzie

5 Wrzesień 2013

Jeden z moich ulubionych odcinków. Od dwóch dni jeszcze bardziej.

na ripicie

29 Sierpień 2013

Jestem wielką fanką Małgorzaty Halber i nigdy tego nie ukrywałam. Z radością, w każdy czwartek, spędzam z nią 8 minut i jeszcze subskrybuję co się tam da na fejsie. Wiem, że to odrobinę psychopatyczne wyznanie, ale odczuwam sporą empatię z panią MH i czuję, że gdybyśmy się znały w prawdziwym świecie to bardzo byśmy się lubiły.
Nawiązując do tytułu jej programu pragnę podzielić się faktem, iż najczęściej słuchaną przeze mnie ostatnio płytą jest „Cancer 4 Cure” El-P. W sumie to chyba od prawie roku. Nie ma tygodnia, żebym nie przesłuchała jej przynajmniej raz. A jak nie tej to innych jego albumów, albo Company Flow. Pojęcia nie mam skąd u mnie ta psychoza, ale ona nadeszła jakiś czas temu i chyba nie odejdzie. To, jak z płytami Liars – one także należą do mojej ścisłej czołówki – i zdaje mi się, że moje koleżanki i koledzy z pracy rzygają na dźwięk mojego dzwonka. Niektórzy wręcz się go boją.

To tu do słuchania. Nie z tej ostatniej, ale też spoko.

Oraz może zacznę wreszcie pisać częściej. Przede wszystkim dlatego, że mam jakieś nadwyżki formy. Pewnie dlatego, że świat wkroczył w moją ulubioną porę roku. Choć to pewnie oznacza brak pisania właśnie tylko przesiadywanie w ogródku Piece of Cake, łapanie ostatnich promieni sierpniowego (tudzież wrześniowego) słońca, albo spacery po ZOO w tym samym celu. Mam plan na niedzielę: sprawdzić, jak zwierzęta spędzają ostatnie letnie tygodnie i jak szykują się do jesieni. Zwierzęta też są u mnie na ripicie w sumie.

Oraz, kurde, od momentu kiedy tu ostatnio byłam zmienił się layout.

czy przebieranie się za małpkę jest spoko?

29 Maj 2013

Podczas wczorajszej rozmowy w kuchni, z Natalią i Anią, moją myjącą szafki współlokatorką, oświeciło mnie w pewnej istotnej, życiowej kwestii. Gdzieś między kęsem suszonej moreli, kawałkiem czekolady, a rozmową o tym, czy ubrania białe w bladoróżowe serduszka można prać z takimi zupełnie białymi (według Ani nie można!), oraz czy coś by się stało gdybyśmy wyrzuciły jedno plastikowe opakowanie po lodach zamiast je trzymać nie wiadomo po co, zeszło nam na chłopców. Pisanie o mężczyznach w kontekście tych, których znam chyba jest bez sensu. Ale to nie temat na teraz, bo czas nagli. Zaraz wylecą z głowy moje drogocenne przemyślenia, jak tak będę zbaczać.

Jedną z cech, jaką bardzo bardzo cenię u chłopców jest poczucie humoru. Oczywiście ten wymarzony powinien być inteligentny, przystojny, wysportowany, mieć hajs, pochodzić z zachodniopomorskiego i oszaleć na moim punkcie, ale jak nie ma poczucia humoru to wszystkie te cechy idą w pizdu. Bo przecież nadejdzie taki dzień, już 50 lat po ślubie, kiedy ja będę stara i gruba (no dobra po prostu jeszcze grubsza), a on już nie będzie miał siły robić 50 pompek i biegać 10 kilometrów dziennie i czytać mądrych książek (bo już wszystkie przeczyta oczywiście), więc będziemy musieli siedzieć na kanapie z IKEI, oglądać telewizję i śmiać się z ludzi, którzy tam występują. O i tutaj dochodzimy wreszcie do sedna.

Poczucie humoru może być: ironiczne, abstrakcyjne i to trzecie, które na użytek tego wpisu mogę nazwać kabaretowym. I nie muszę chyba tłumaczyć, że wiele mówi o osobowości właściciela w ogóle.

To ostatnie samo w sobie jest żartem. Gdybym miała spędzić jesień życia, jak to się ładnie mówi, z kimś, kto zmusza mnie do oglądania kabaretów i śmieje się z żartów na Demotywatorach to wolałabym już w ogóle nie mieć męża, a jak wiadomo posiadanie męża jest moim życiowym celem, który na liście priorytetów jest wyżej niż awans zawodowy i zrzucenie 15 kilo. Ciężko mi się porozumieć z takimi ludźmi. Najgorsze w nich jest to, że są święcie przekonani, że są bardzo dowcipni. Nie mogę już nawet więcej o tym pisać, bo robi mi się słabo. Skupmy się więc na dwóch pozostałych.

Poczucie humoru ironiczne wydaje mi się, że posiadam ja sama. Jest ono wynikiem przebywania z mądrymi ludźmi, odpowiednim doborem lektur tudzież po prostu czytania książek w dużych ilościach, oglądania „odpowiednich” filmów, słuchania muzyki, ogólnego zainteresowania światem i krytycznego podejścia do znalezisk z tym związanych. Większość moich znajomych i większość chłopców, którzy przez ostatnie lata mi się „podobali” posiada właśnie ten typ poczucia humoru i zazwyczaj właśnie dlatego porozumiewamy się całkiem dobrze. Zresztą większość z nich właśnie to czyta, albo jeszcze zapewne przeczyta, i wiedzą, że o nich mówię. Mam takie przeczucie, że MĄŻ, kiedy już się znajdzie, będzie właśnie do tej kasty należał. To cenna cecha i pożądana w kontekście związku, tudzież każdej innej relacji. Wiem, że z takim chłopcem za 50 lat będę mogła rozmawiać, albo – co też jest możliwe – dojdziemy do takiego porozumienia, że nie będziemy rozmawiać już wcale, bo to nie będzie konieczne.

Jest też poczucie humoru abstrakcyjne i, wbrew pozorom, nie posiada go aż tak wielu ludzi. Najprawdopodobniej właśnie dlatego jest ono przeze mnie najbardziej pożądane. Książki czytać może każdy, filmy oglądać także może każdy, krytycznie spoglądać na nie może także każdy, bo prawie każdy, kogo znam skończył: kulturoznawstwo, filozofię lub socjologię (psychologia i politologia też się liczą). Jednakże nie każdy posiada taki typ zupełnie naturalnej, wrodzonej wyobraźni, która sprawia, że w jego głowie powstają niesamowicie barwne, niestandardowe połączenia. Charyzmę, która jest darem od Boga, tudzież wzięła się kompletnie z dupy, ale sprawia, że jej właściciel ma magiczną osobowość. Jako osoba, która uważa się za inteligentną, jednakże absolutnie pozbawioną wyobraźni (ciągle tłumaczę mojemu przełożonemu, że mnie przecenia gdy mnie chwali, bo jestem budowniczym, a nie architektem, rzemieślnikiem, a nie artystą), strasznie bym chciała móc wznosić się na taki level bez wysiłku. No, ale na to chyba już za późno. Albo po prostu powinnam zmienić swój stosunek do narkotyków?

Idealny chłopiec? Taki, który ma te dwie cechy. Ale to chyba nie jest możliwe. Albo się siedzi na chacie i czyta książki, albo na murku i jara trawę.

ale to było kiedyś

12 Kwiecień 2013

A wczoraj Aga miała urodziny.

Jak wspaniale, że dziś piątek.

kot benio też choruje

9 Kwiecień 2013

Nie rozumiem czemu boli mnie ząb, skoro trzy razy w przeciągu ostatnich dziesięciu lat był już leczony, w tym dwa razy – co najmniej- uśmiercany. Może to być też coś innego, bo boli mnie ucho i oczodół, jakieś zapalenie cholera wie czego. Jedno jest pewne – boli. Nie zważając na to, poszłam dziś do kina na „Spring Breakers”.

Nie jestem psychofanką pana reżysera (pomijając fakt, iż uważam, że jest bardzo przystojny), ale lubię „Gummo”, choć wiele lat minęło, zanim to sobie uświadomiłam.
W liceum stanowiliśmy nierozłączną grupę przyjaciół z Bujem, Bogusiem, Amperem i Agnieszką, z której ja się czasem odłączałam szukając szczęścia gdzieś indziej, gdyż tak co najmniej co pół roku miałam kryzys światopoglądowy i wydawało mi się, że świat jest gdzieś indziej, bynajmniej nie w Centrali Komputerowej Bogusia (czyli dawnym pokoju jego dziadka) oraz, że można robić coś więcej niż słuchać Prodigy i łazić nad zatokę kiedy się ściemni, po to, aby wodować stare dyskietki Bogusia, a okazjonalnie różne pamiątki, jak figurkę pomnika Westerplatte na przykład. Oczywiście szybko wracałam z przekonaniem, że jednak prawdziwi przyjaciele to prawdziwi przyjaciele i zasadniczo można powiedzieć, że tak jest do dziś. O tym, że to prawdziwa przyjaźń może świadczyć fakt, iż byłam jedyną dziewczyną na wieczorze kawalerskim Bogusia, ale zanim o nim napiszę musi minąć trochę czasu. Istnieje jednak szansa, iż ja bawiłam się na nim najlepiej.

Ale wróćmy do „Gummo”. Boguś miał w chacie dość dobry sprzęt, w tym wypasiony telewizor i wideo, co w tamtych czasach w połączeniu z naprawdę dużym domem i dość częstym brakiem w tym domu rodziców, było bardzo atrakcyjne dla piątki licealistów. Gdyby jeszcze miał tak dobrze wyposażony barek, jak rodzice Ampera, byłoby już w ogóle wspaniale, ale cytrynówka też była spoko i łatwo ją można było rozcieńczać wodą, żeby rodzice Bogusia się nie skapnęli. Tak czy inaczej wymyśliliśmy sobie taki cykl – każde z nas miało przynieść jeden film, który będziemy oglądać wszyscy. Nie pamiętam już jakie było kryterium, ale chodziło chyba o film w tamtym czasie ulubiony. Za cholerę nie pamiętam co wziął Buju, lub Boguś, ale jeden z nich na bank wybrał biografię Dennisa Rodmana, Amper film „Linia życia” z Julią Roberts i jeszcze mnóstwem innych, znanych aktorów (zdaje mi się, że tam grał Kevin Bacon, ale nie chce mi się sprawdzać w necie), o ludziach, którzy wprowadzali się w stan śmierci klinicznej i coś tam się wtedy działo, ja wzięłam film Camerona Crowe’a „Singles”, gdyż były to ewidentnie moje Pearl Jamowe czasy (ach, chyba stąd był ten bunt w stosunku do słuchania Prodigy – chyba mi to wtedy kompletnie nie szło w parze), zaś Agnieszka wzięła „Gummo”. I to jest w tej historii najdziwniejsze. Wydaje mi się to do dzisiaj kompletną abstrakcją. Nie umiem tego wytłumaczyć komuś, kto nie zna Agnieszki, ale jako podpowiedź mogę tylko napisać, że jej drugim ulubionym filmem było „Dirty Dancing”, a trzecim „Speed” i w pokoju miała makietę Keanu Reevesa (to był taki karton z nim, w scenie ze „Speeda” właśnie, zdaje mi się, że nawet w rozmiarze 1:1, albo tylko ciut mniejszy). Agnieszka stwierdziła, że „Gummo” jest to najbardziej zajebisty film, jaki widziała (nie wiem do końca, czy używaliśmy wtedy słowa „zajebisty”, oraz pojęcia nie mam, jak ona na niego trafiła) i kazała nam oglądać. Siedzieliśmy więc w ciemności, a tam jakieś polowanie na koty, laski z zaklejonymi sutkami, kolo w stroju królika. Pamiętam, że nikt z nas w ogóle tego nie kumał, Agnieszka się zaśmiewała i nie pamiętam nawet czy dokończyliśmy ten seans. Po latach obejrzałam to jeszcze raz ze względu na Chloë Sevigny, która jest super i wtedy raczej mi się podobało. Ale to już było chyba po obejrzeniu „Kids” i w ogóle. Wizjonerstwo Agnieszki jednak nadal wydaje mi się sprawą o wiele bardziej interesującą niż cała twórczość Harmony’ego Korine, bo to mniej więcej tak, jakby Jennifer Lopez, albo Doda uznały „Gummo” za arcydzieło, albo nie wiem (muszę wejść na Pudla, żeby znaleźć odpowiednie porównanie)… no nie wiem kurde Joanna Krupa, Natalia Siwiec… Zawsze mi się wydawało, że Aga nie posiada ironicznego stosunku do popkultury, ale z drugiej strony Agnieszka zawsze BYŁA popkulturą. Co przypomina mi jej słynny występ w ażurowej bluzce bez stanika podczas Sylwestra u Ampera. Strój inspirowany był jakimś teledyskiem i oczywiście był całkowicie nietrafiony. Na szczęście w trakcie przygotowań do tego przyjęcia wykazałam się zdrowym rozsądkiem i wpakowałam ten stanik do swojej torby, aby Agnieszka w chwili kryzysu, który oczywiście nastąpił, mogła go jednak założyć. Przypomina mi się też delikatny epizod gangsterski z jej udziałem. A nawet dwa. Hm…

Dużo recenzji „Spring Breakers” w Internecie. A ja po seansie, na którym nie mogłam się skupić aż tak, jakbym chciała przez ten ból zęba, mam dokładnie to samo odczucie, co po obejrzeniu filmu „Drive”, czyli: po prostu nie wiem co myśleć. Jako osoba kompletnie nie kumająca fenomenu Ryana Goslinga byłam znudzona jego rolą tam (albo wtedy nie byłam, a po latach stwierdzam, że film był do bani?), tak tutaj jestem oczarowana Jamesem Franco. Ja nie oglądam zbyt wielu filmów, ale ostatnio takie wrażenie na mnie zrobił Heath Ledger w „Batmanie” i Christian Bale w filmie „Fighter”. Może się oczywiście okazać, że ominęło mnie jakieś 150 zajebistych kreacji, ale ja przez ostatnie trzy lata byłam w kinie może z 15 razy, max, a jak już coś oglądam to są to filmy Romana Polańskiego sprzed 20 lat, więc moja ignorancja może razić czytających to kinomanów.

Jedno jest pewne, scena z balladą Britney Spears była super. Ale to może dlatego, że ja autentycznie, bez ironii lubię piosenkę. Nawet ostatnio z Zuzą i Maurycym odpaliliśmy sobie ten klip, w zimny berliński wieczór, który zamiast „na mieście” spędziliśmy na jutiubie.

Dobra, idę po Ibuprom i spać.

no cześć

5 Kwiecień 2013

To jeden z tych dni, kiedy status na fejsie nie wystarczy.

Wstajesz rano i, mimo iż – wyjątkowo – nie piłaś wczoraj żadnego alkoholu, nie poniosło cię w miasto i położyłaś się wcześnie, koło 23, obejrzawszy wcześniej dwa odcinki „House of Cards” z kotem i przeczytawszy kilka stron biografii Romana Polańskiego, oraz w sumie jest to dopiero (aż?) trzeci i ostatni dzień pracy w tym tygodniu, wiesz, że masz już dość. Idziesz do tej pracy i przygotowując sobie śniadanie – jeden z pięciu starannie wyselekcjonowanych posiłków dziennie (co i tak zostanie złamane wieczorem, kiedy pójdziesz do koleżanki i zjesz tam kawałek sernika, którego przecież nie lubisz, z płatkami migdałowymi, które uważasz w sumie za obrzydliwe i takie ładne, kolorowe ciastko z kremem i dużą ilością owoców, w takiej jakby babeczce, które to po raz nie wiadomo już który zaburzą twoją dietę, która i tak nie skutkuje całe życie, ale ty jeszcze o tym nie wiesz), uświadamiasz sobie, że podczas twojego urlopu na firmowej lodówce pojawiło się zdjęcie nowego papieża, które najwyraźniej było w jakiejś gazecie (obstawiasz „Głos Wielkopolski”, ale możesz się mylić, bo nie pamiętasz, jakie wy tam w końcu gazety prenumerujecie), do tego przytwierdzone do lodówki magnesem w kształcie londyńskiego autobusu (bo innego w firmie nie macie) i natychmiast włącza ci się wewnętrzny Palikot, którego przecież ani nie lubisz, ani nie szanujesz. Planujesz więc jakąś kontrę – najpierw myślisz o rycinach z wizerunkiem szatana (efekt oglądania „Dziewiątych wrót” podczas świątecznego pobytu w domu z zapasami płyt DVD taty), ale potem myślisz, że to jest trochę za hardkorowe oraz nikt tego i tak w pracy nie zrozumie i ostatecznie decydujesz się na wydruk zdjęcia Ewy Wójciak, co może jest w sumie i nawet bardziej hardkorowe, ale też przynajmniej bardziej zabawne i zapewne spowoduje, że oba obrazki znikną dość szybko. Zostanie tylko londyński autobus. Koniecznie więc zapisujesz to sobie w głowie, a najlepiej na blogu, (na którym ostatnio było bardzo smutno i chcesz sprawdzić czy jeszcze umiesz inaczej), żeby tylko nie zapomnieć, bo oczywiście wpadasz na ten pomysł już po wyjściu z pracy. Kurwa, zawsze tak jest, że najlepsze pomysły rodzą się po czasie tak, jak cięte riposty, których oczywiście musi zabraknąć w odpowiednim momencie. Zamiast zareagować błyskawicznie, jedziesz do domu tramwajem i zażenowana myślisz, że mogłaś przecież powiedzieć coś elokwentnego, a przynajmniej zabawnego, a nie gadać jakieś bzdety o Melbourne, jąkając się przy tym, jakbyś była upośledzona czy coś. Albo w gimnazjum. No, ale wracając do tej lodówki, to potem też oczywiście szukasz na chacie odpowiedniego magnesu, wahając się między Hello Kitty a niedźwiedziem polarnym.

Potem ogłaszają, że w Poznaniu wystąpi Cat Power, co jara cię na tyle, że między jednym pracowym zadaniem a drugim, tudzież spożywając pozostałe cztery starannie wyselekcjonowane posiłki dziennie, oglądasz jej teledyski i zastanawiasz się, jak mogła taką zajebistą fryzurę (długie włosy z grzywką) zamienić na taką chujową, jak ta w tym ostatnim teledysku. Starość myślisz, kobiecość może, chęć zmian, spoko, każda to przechodzi przecież.

Potem idziesz do koleżanki zanieść jej zaległy urodzinowy prezent, który kupujesz wcześniej w księgarni na Szkolnej. Już dawno zdecydowałaś, że to będzie „Intryga małżeńska”, którą sama chcesz przeczytać, ale chwilowo jej nie kupisz, bo masz finansowy zastój, gdyż wydałaś kasę na 10 kilo żarcia dla kota, średnio udany urlop i bilet na OFFa, na którym póki co nic cię nie jara, ale krążą plotki, że będzie tam El-P, którego ostatnia płyta jest dziwnie często przez ciebie słuchana, co może mieć związek z gościnnym udziałem na niej Paula Banksa, znajomością dorobku Company Flow, a może trzecim, tajemniczym czynnikiem, do którego nikomu się w życiu nie przyznasz. Oczywiście niewiele brakuje, żeby księgarnia pokrzyżowała ci plany, bo na półkach, jak na złość, książki nie ma choć w komputerze jest, ale jakiś rozgarnięty pracownik księgarni (którego chciałabyś z tego miejsca pozdrowić) idzie i przeszukuje jakieś kartony, w jakiejś piwnicy i znajduje – jakoś.

No i idziesz na to nie do końca przyjęcie, na którym czujesz się jak Michał Figurski, bo twoja koleżanka postanowiła ugościć cię sushi (no i tymi ciastkami, wiadomo), ale żeby nie było zbyt luksusowo siedzicie na podłodze i oglądacie telewizję, przełączając między kanałami muzycznymi. Okazuje się, że nie miałaś pojęcia, że Tede ma brodę, a Sidney Polak mocno schudł i wygląda przez to, jakby umierał na białaczkę oraz, że na świecie pojawiło się tyle beznadziejnych, młodych wokalistek, które w ogóle nie są interesujące. Zaczynacie rozmawiać o tym, która para jest lepsza: Jay-Z i Beyonce, czy Kanye West i Kim Kardashian i w ogóle nie masz wątpliwości, że ci drudzy. Przyznajesz się publicznie, że darzysz Kim jakąś dziwną sympatią, zapewne spowodowaną tym, że jest gruba, oraz podoba ci się jej fryzura i w zasadzie mocny debiut z seks taśmą w roli głównej wydaje ci się jakiś bardziej przekonujący niż przeskok między śpiewaniem w kościelnym chórze do wicia się wokół drzewa w sukni ślubnej w chujowym teledysku, tudzież kapanie się w gigantycznym kieliszku, co już na etapie koncepcji wydaje ci się mocno żenujące. Umiejętności wokalne w ogóle cię w tym momencie nie interesują. Jak na złość nie leci ani Beyonce, ani Kanye, ani Jay-Z, ani reality show Kim Kardashian, na które czekasz najbardziej, tylko non stop Rihanna (po trzeciej piosence orientujesz się, że to top ten jej najlepszych kawałków, ale ułożony przez jakiegoś debila, bo na pierwszym miejscu jest „Diamonds”, a nie ta piosenka z Calvinem Harrissem, która jest przecież najbardziej zajebista), przeplatana tymi właśnie nudnymi, nieznanymi wokalistkami. Nagle patrzysz na jedną z nich, która siedzi przy pianinie i śpiewa cover takiej piosenki, co jej cover też śpiewał zespół Andy i sama nie możesz w to uwierzyć, ale ona robi to sto razy gorzej (swoją drogą dziesięć minut później na konkurencyjnym kanale w cyklu „100 najlepszych ballad” leci oryginał, taki co w teledysku jest święta rodzina i trzej królowie i myślisz, że telewizja jest super i nie mają racji ci, którzy przestali w nią wierzyć odkąd pojawił się Internet), ale masz gdzieś to, co śpiewa oraz, że w ogóle to robi, tylko z pożądliwością patrzysz na jej grzywkę.
Cat Power, Kim Kardashian i pani, której imienia oczywiście nie pamiętasz – kto wie, może i papież jakoś się do tego przyczynił? – podsuwają ci tę myśl, która przecież od rana rodziła ci się w głowie ale potrzebna była cała seria znaków, żeby ją sobie uświadomić, a następnie zwerbalizować w odpowiednim miejscu i czasie. Przeradza się ona w prośbę, jeszcze przed końcem piosenki: „Ej Ania, obetniesz mi grzywkę?”.

Już z nową fryzurą, jedziesz do domu czytając książkę – wywiad z Markiem Raczkowskim i myślisz sobie, że to wspaniale, że ci wszyscy ludzie istnieją.

4 miesiące

25 Marzec 2013

Ciągle coś teraz robię, pracuję, jeżdżę, udzielam się towarzysko – pewnie bardziej niż zawsze – chodzę na randki, spotykam się z chłopcami, którzy mnie lubią, odwiedzam moje przyjaciółki, zaliczam te wszystkie zdarzenia, które liczyć się będą później „do biografii”, miewam różne przygody i zapewne wielce wartościowe (a może nawet dość zabawne?) przemyślenia, ale co z tego, kiedy ciągle nie jest tak, jak być powinno.
Zbliżają się święta i myślę o tym, jak tata zabrał mnie, żebym obejrzała V2, którego tam już nie ma i jak czekaliśmy na prom w Świnoujściu. Ale potem było już cudownie, po czym okazało się, że w Peenemunde kręcono „Autora widmo” Polańskiego.
Przypomina mi się tysiąc innych rzeczy. Idę na „Sugar Mana” i wiem, że tacie by się tak bardzo podobał.

Czy to kiedyś przejdzie?

Mam ochotę mówić wszystkim, żeby nie zostawali na Wielkanoc tam, gdzie są teraz, żeby nie jechali w góry, żeby nie jeździli na nartach, żeby odwiedzali rodziców, bo potem będzie za późno. I żeby mówili im, jak są ważni, bo potem można już tego nie zrobić…
Ale to bez sensu. Wszyscy i tak myślą, że ja się nie przejmuję, skoro wychodzę z domu, skoro tak szybko wróciłam do pracy, skoro mam siłę witać każdy, kolejny dzień.

14 Luty 2013

Zawsze kiedy próbuję przekonać – rodziców (nie umiem się jeszcze nauczyć pisać tylko „mamę”), Gochę, znajomych, przełożonych w pracy, albo tych, których zdecydowanie nie powinnam o tym przekonywać, bo wszyscy to mi odradzają, że nie jestem psychopatką i nie jestem niezrównoważona emocjonalnie, że owszem czasem ponosi mnie trochę, ale zazwyczaj mam rację i choć ekspresja nadmierna to jednak powód słuszny, to właśnie wtedy jest zupełnie odwrotnie i wpadam w szał, w histerię i sens gubi się gdzieś w kilometrowych mailach, całkowicie bezsensownych rozmowach telefonicznych, SMS-ach po pijaku, rzucaniu słuchawką, wybuchaniu płaczem w miejscach publicznych – czyli wszystkim tym, czemu tak naprawdę jestem przeciwna i czym z całego serca gardzę. A potem mija trochę czasu, czasem 3 lata, a czasem 5 miesięcy i nagle wszystko jest dobrze. Ale zdecydowanie musi być chęć zrozumienia po tej drugiej stronie.

Walentynki to w zasadzie urocze święto. Sama nie wiem czemu w ogóle mnie nie żenują.

obowiązkowe zdjęcie z kotem

13 Luty 2013

CocoRosie mają nową piosenkę i dzień po moich urodzinach wydają płytę. Kiedyś ich nienawidziłam, teraz już nie. Bo w ogóle kiedyś nienawidziłam tylko ludzi z telewizji, np. Justyny Steczkowskiej. A teraz to już tylko nienawidzę prawdziwych ludzi. Ale w sumie niewielu, więc nie jest ze mną tak źle.

i znów taki dzień, że chciałabym, żeby wszyscy umarli

5 Luty 2013

Melisa, trzy głębokie oddechy (albo 10) i nowa piosenka Suede. Chciałam na uspokojenie przesłuchać nowy album MBV, ale mogłoby się okazać, że na syfiastych słuchawkach, firmowym laptopie i wkurwie spowodowanym łososiem z Biedry i okruchami na blacie nie docenię tego za bardzo. Zresztą to w ogóle cięższy temat, bo właśnie kolejne przesłuchanie „Loveless” uświadomiło mi, że audiofilstwo ma jednak sens. Okazuje się, że bardzo wiele w życiu straciłam słuchając wszystkiego pobieżnie, na chujowym sprzęcie i kiepskiej jakości nośnikach. Oczywiście, jako osoba mająca tendencje do generalizowania, sprowadzam to na jeszcze wyższy poziom i dochodzę do wniosku, iż wszystko robię „po łebkach” i nic tak naprawdę nie wiem albo niczym się nie interesuję, bo zawsze porzucam coś w pół drogi, a czasem w 1/3, a najczęściej nawet jeszcze przed wyjściem z domu. Ale dziś najbardziej wkurza mnie to, że ludzie nie sprzątają po sobie i się spóźniają. Nienawidzę tych, dla większości absolutnie nic nieznaczących, przejawów braku szacunku do innych. W moim idealnym świecie ludzie odpisują na SMS-y, pamiętają o urodzinach i nie przetrzymują w nieskończoność książek z biblioteki.