Ostatnio dochodzą mnie różne głosy. Te “na tak” i te “na nie”. Zabawne, że te “na nie” spowodowane są zalewem tych “na tak” właśnie. To też ma być bardzo uniwersalna przypowieść weekendowa, dedykowana nie powiem komu, ale są ze trzy czy cztery osoby, a może nawet pięć, które może zrozumieją o co mi chodzi i jeśli rzeczywiście będą wiedziały co mam na myśli, to znaczy, że się nie mylę. A to będzie miłe, bo przecież nikt nie lubi się mylić.
Generalnie fajnie jest jak jest fajnie. Jak ma się swoich znajomych i z nimi się coś lubi. Czasami oczywiście się tym rzyga, bo przecież ile razy można słuchać tej samej płyty, tańczyć przy tej samej piosence, albo oglądać kolejną serię odcinków na komputerze. Ale kiedy Twoi znajomi rozpoznają kolory i kształty, rzucają cytatami, porozumiewacie się półsłówkami to jest git i spoko i w ogóle. Człowiek czuje, że wstąpił do tajemniczego klubu, do którego np. wciągnęła cię twoja młodsza siostra, która studiowała tam, a nie gdzie indziej, albo koledzy z liceum, albo po prostu jakoś te ścieżki biegną, przecinają się i nagle kurde myślisz o jakimś kupowaniu kaset, butów, kolczykach w brwi, tatuażach robionych przez człowieka o ksywce kojarzącej się z popularnym show, o osikanych chodnikach i tandetnych dyskotekach, ale z drugiej strony o stanie umysłu, którego nie mają inni. I nagle dzieje się tak, że „coś” co było bardzo małe, choć tak naprawdę jest bardzo, bardzo duże robi się popularne i wszyscy ci ludzie, którzy tak bardzo cię wkurwiają – zarówno obcy, jak i ci, którzy niestety obcy nie są, nagle zaczynają się tym jarać i jarają się tym tak intensywnie i ostentacyjnie, że masz ochotę powiedzieć: spierdalajcie wszyscy, mam to w dupie, w ogóle mi się to nie podoba. Krzywisz się, zmieniasz temat, ignorujesz, nie lajkujesz, wyłączasz komputer i wychodzisz z pokoju.
Jestem złym człowiekiem, który nienawidzi ludzi i pójdzie za to do piekła. Raz wkleiłam we włosy gumę do żucia panu, który siedział przede mną w kinie, bo tak głośno gadał ze swoimi znajomymi, że nic innego nie było słychać. To nie było w podstawówce, ani w liceum, a jakieś cztery miesiące temu.
24 Luty 2012 o 5:29 pm |
Ha! Świetny patent kinowy
bo w życiu nie należny mieć żadnych skrupułów.
25 Luty 2012 o 3:52 am |
wreszcie ktos to zrozumial!!!! nawet nie wiesz jak byla szykanowana
26 Luty 2012 o 6:35 pm |
jeśli dobrze pamiętam, to Cię poproszono o zakup tej koszulki z S.?
26 Luty 2012 o 6:36 pm |
tak, tak. to byla smutna historia tylko na poczatku. ostatecznie miala pozytywne zakonczenie, ale kilka lat pozniej. jak zmadrzalam, albo zmieklam, albo sie zmienilam
jednakze jako metafora nadal dziala