Ostatnio zrobiłam się nadaktywna blogowo, jakbym miała jakieś wirtualne adhd. Ale to pewnie dlatego, że kiedy wychodzi się z pracy jest już jasno, a dziś to w ogóle było pięknie. Od razu się człowiekowi przypominają te powolne powroty ze szkoły do domu, kiedy zaczynało się robić ciepło – szlajanie się po dworze zamiast odrabiania lekcji, rozmowy o bieżących sprawach i wakacyjnych planach. Albo te dni, kiedy wracałyśmy z uczelni z Z. i J., zahaczając po drodze o lody w Makdonaldzie (w kontekście poniższego wpisu trochę dobrze, że to już nie wróci).
Ale to w ogóle nie o tym, nie o tym. Miał być morał. Będzie niejasny, zaciemniony i podany w dużym skrócie. Generalnie chodzi o to, że ja nie rozumiem nic życia, ale powoli zaczynam poddawać się jego przewrotnemu tempu i temu, że jak człowiek jest dobrze przygotowany na złe wieści to tak się akurat musi złożyć, że dostanie dobre (dziś pozwolę sobie pominąć setki sytuacji, w których jest dokładnie odwrotnie). No i jeszcze to, że każdy ma swoją dobrą wróżkę. Moja na co dzień ukrywa się pod postacią sowy.
Jako nijak się mająca do reszty płenta – Rijana. Bo absolutnie żadna z moich koleżanek z pracy nie może uwierzyć, że ja ją naprawdę lubię. A zaiste tak jest.