Ten tydzień zaczął się miłą informacją o przyjściu na świat Misiuka, który będzie miał na imię Zbyszko. Jako wielka fanka „Krzyżaków” jestem entuzjastką tego imienia, choć akurat Zbyszko był najmniej interesującą postacią w całej (o)powieści. Tak więc o 5:12 powitała mnie ta radosna wieść, a o 7:12 zadzwoniła moja mama w panice i powiedziała, że mam się ubierać ciepło bo u nas będzie dziś minus siedemnaście. Jako antidotum na te mrozy dostałam około 9 maila z Zanzibaru. Był pełen afrykańskiego słońca i kończył się pytaniem, które przeniosło mnie o pół roku wstecz. Gdzieś w okolice sierpnia i naszego wspólnego wieczoru w Meskalinie z Wilczycą. Odpowiadając na to pytanie bez wchodzenia w szczegóły mogę powiedzieć: „Nie wiem”. A ze szczegółami odpiszę w tzw. wiadomości prywatnej.
W międzyczasie miałam dziwne sny, dotyczące mojej koleżanki z pracy. Śniło mi się, że znów będzie poniedziałek, a ona będzie głośno mówić, tak głośno i dużo, że w całym naszym średnio nagrzanym pokoju wszyscy założą słuchawki. Wiem, pójdę do piekła za brak empatii, ale od podstawówki nic mnie tak nie wkurwia, jak ludzie wpadający w panikę regularnie i publicznie – w miejscu pracy lub w szkole. Przypominam sobie, jak miałam ochotę zajebać połowę moich koleżanek z klasy, które w szatni przed wuefem wpadały w histerię, bo za godzinę będzie matematyka i będziemy mieć kartkówkę. Albo płacz, bo jutro będą robić szczepionkę, będzie blizna na ramieniu, będzie bolało i nie będzie można się z tym kąpać. Jakby kartkówki i szczepionki to był w ogóle jakiś problem. Ja płaczę tylko jak mam złamane serce, albo którąś z kończyn (a i tutaj w sumie rzadko), a do tego przy mamie, Gośce albo przyjaciółkach. Po pijaku zresztą częściej niż na trzeźwo.
Oczywiście kurwa, to były sny prorocze. Poniedziałek ze słuchawkami na uszach.