życie cz.XV

Miałam tajny plan niepisania przez kolejny miesiąc. Plan wyautowania się może nawet na dobre, ale próżność – jak to często w życiu bywa – zwyciężyła. Bezwzględne statystyki pokazują ostatnio po 230 – 240 wejść dziennie, więc czemu nie podbić do 300, czy 400 a potem, a potem… Zresztą po co rezygnować z czegoś, co jest jedyną rzeczą w jakiej jestem dobra. Choć i tak uważam, że życie jest niesprawiedliwe. Najwyraźniej ktoś rzucił na mnie klątwę. Pewnie jeszcze w podstawówce. Kamila Nowak, albo jej mama, albo moja koleżanka zwana Rzeźnią, z której wszyscy się nabijali, więc ja oczywiście też. Ona była bardzo niska i miała klaustrofobię, ale to nie były wystarczające powody do żartów. Te ostateczne były o wiele gorsze, więc pewnie to przez to. Możliwe, że coś komuś zrobiłam w poprzednim życiu. Byłam mołdawską świnką która zjadła nogę chłopcu o imieniu Danu, który później musiał żebrać na ulicach i oddawać pieniądze chciwym Cyganom. Za co się nie wezmę ostatnio to się pierdoli. Nie, że trochę, tylko leci na ziemię z hukiem niczym ten nieszczęsny Tupolew (swoją drogą jestem pewnie jedyną osobą w Polsce, która pojęcia nie ma co zawierały czarne skrzynki, omijałam stenogramy szerokim łukiem, gdyż słuchanie/czytanie tego wydaje mi się zbyt makabryczne, wychodzę z założenia, że nadmierna wiedza wcale nie przynosi ulgi, choć oczywiście niewiedza rodzi teorie spiskowe, więc też nie  jest dobra).

Choćby ta impreza, która miała poprawić mi humor i oczywiście na czas jakiś poprawiła. Najlepiej czułam się pod sam koniec, kiedy K. wrócił  ze sklepu nocnego ze świeżym chlebem, a my wszyscy siedzieliśmy w moim pokoju –  było tak błogo i miło. Wstawało słońce, rozmawialiśmy o Rejwowcu, który znany również jako Jędrzej z Sobieskiego był największym wtf przyjęcia, co najlepiej zwerbalizowała wczoraj przez telefon Rogo w zdaniu:” Skąd ty go wzięłaś?”. Przyszedł z koleżanką – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Tak sobie siedziałam na mojej niewygodnej kanapie, która nagle stała się najwygodniejszym meblem w pokoju, naprzeciwko siedziała Jadzia, a rozmowa toczyła się schyłkowo i leniwie. Są takie momenty porannego przebłysku, kiedy z jednej strony chce się już tak bardzo spać, a z drugiej czuje się, że się trzeźwieje i nadchodzą wówczas dwie równoległe refleksje. Jedna – połączona ze specyficznym ukłuciem w sercu – że jest naprawdę zajebiście, a druga, że na sto procent to nigdy się już nie powtórzy. Wiadomo będą inne imprezy, będą inni ludzie, będą inne przygody, bo życie się przecież toczy dalej nie zważając na nieobronione doktoraty, katastrofy samolotów prezydenckich, wybuchy islandzkich wulkanów, złamane serca, rozczarowania i kłótnie (no tak, negatywnym wymiarem przyjęcia jest stan zimnej wojny w domu), ale dokładnie tak, jak w tej chwili już nigdy nie będzie, więc mimo zmęczenia i nadchodzącego powoli kaca robi się wszystko żeby ten ulotny czas przedłużyć.

Takich dobrych wieczorów było już w tym roku kilka. Pomijając ten, mogę póki co wskazać jeszcze koncert Niwei, oraz wtorkowy wieczór w Kisielicach 11 maja, po tym jak Lech wygrał z Ruchem Chorzów. Wojciech Bąkowski i Mariusz Jop. Wydaje mi się, ze w tych dwóch przypadkach nie jestem osamotniona wyciągając tego typu wnioski, bo sporo osób uczestnicząc w obu tych wydarzeniach mogłoby to potwierdzić, ale każdy miałby tutaj pewnie swoje jednostkowe powody, pomijając oczywiście muzykę i piłkę nożną.

Pod Minogą siedziałam z moimi dwoma przecież wcale nie aż tak dobrymi kolegami. W sumie nie wiem jak określić ich status w moim życiu. Pierwszy, którego znam dłużej bardziej jest fanem, niż kolegą, stał się też – nie wiem czemu w sumie – najczęściej pojawiającą się w tym wydaniu bloga postacią, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda jak ktoś, kto ma siedem różnych wcieleń. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się spotkać i tak normalnie, szczerze porozmawiać, nie zasłaniając się obecnością osób trzecich, alkoholem, i wszystkimi możliwymi mediami, które wymyślono po to tylko żeby utrudnić komunikację i zaciemnić prostotę przekazu. To pewnie znak czasów – przyjaciół poznaje się w liceum, albo na studiach, a potem ma się już tylko znajomych, ewentualnie interesantów, albo fanów właśnie. Drugi zaś, zupełnie niespodziewanie, przez serię przypadków i wypitą razem dużą ilość alkoholu stał się kimś, kto z pewnością będzie jedną z dwóch najważniejszych osób jakie poznałam w tym roku i pewnie w całym życiu. To jedyny znany mi mężczyzna (no może pomijając K.), który potrafi wytrzymać ze mną sam na sam osiem godzin. Ja panikuję ze względu na doktorat, zgubioną torebkę i całe zło tego świata, a on za każdym razem z tą samą pewnością w głosie mówi, że wszystko będzie dobrze i wracamy do oglądania debat politycznych, kreskówek, słuchania Niwei, czy czytania archiwalnych numerów Kaktusa, które oczywiście nie należą do mnie, przecież w czasie gdy on powstawał ja czytałam Tylko Rock, czego się nawet jakoś specjalnie nie wstydzę. Mamy też bardzo podobne poczucie humoru, co według mnie jest najważniejszym czynnikiem, na którym powinno budować się znajomość, nie mówiąc o przyjaźni.

Tak czy inaczej rozmawialiśmy sobie Pod Minogą o zespole Andy i feminizmie (choćby o tym kawałku, do którego jest już w sieci teledysk) i o tysiącu różnych zespołów. Oni znają się na tym bardziej, ale  – jak to często bywa – mówiłam głównie ja, a panowie uśmiechali się do mnie pobłażliwie patrząc bardziej na mój dekolt niż słuchając tych wszystkich bzdur, wystarczy przecież, że je regularnie czytają. O piłce nożnej oczywiście też, w końcu miał miejsce nawet zakład o to, o której godzinie odbywa się czekający nas wszystkich sobotni mecz, który według jednego odbył się o tej, o której powinien, zaś według drugiego o tej, o której nie powinien. No i mało, że się odbył o tej, o której nie powinien to jeszcze kolega stracił piwo, ale drugi zyskał. Siedziałam tam sobie uśmiechnięta w mojej najładniejszej sukience, ze świadomością, że taki wieczór już nam się z pewnością nie powtórzy, że ta wytworzona przypadkiem, cienka więź, senna wełna, jest tylko tu i teraz. Z takich przypadkowych wieczorów nie powstają wspólne wakacje, kartki świąteczne i życzenia na urodziny, a jedynie „cześć”, „co słychać” rzucone w tramwaju, albo w Kisielicach, ale kiedy taka chwila trwa bywa, że jest perfekcyjna. Ja bawiłam się świetnie i koledzy chyba też, bo jakoś tak przedłużaliśmy ten wieczór i uroczyście żegnaliśmy się pod knajpą. Z jednej strony euforia, że było super i przecież widzimy się w sobotę, bo ten drugi koncert, no i wiadomo, że będzie lepiej, a z drugiej świadomość, że wiadomo przecież, że nie. Nigdy nie jest lepiej (choć w sobotę było na tyle miło, że uwierzyłam, iż ten dystans między mną a moim fanem kiedyś zniknie i naprawdę się polubimy). Życie to nie jest Ojciec chrzestny, druga część rzadko dorównuje pierwszej (choć ja osobiście i tak wolę pierwszą ponad wszystko), dlatego w kwestii nie tylko przyjęć, ale  i różnych innych życiowych aktywności kieruję się zasadą, że jak jest miło trzeba to wykorzystać na maksa, bo nigdy nie ma drugiej szansy, nic nigdy nie wraca, nie powtarza się. Zazwyczaj co do tego, że coś było bardzo istotną chwilą w naszym życiu, orientujemy się kiedy już minęła.

To pewnie przez tego Pamuka taki sentymentalizm – ludziom powinno się zabraniać pisać takie smutne książki. Powinno się ich za to wsadzać do tureckich więzień. Swoją drogą znam historię o tureckim więzieniu, ale jej bohaterem jest szermierz, do tego polski -  nie pisarz. W zasadzie to miał być wpis o piłce nożnej. O pierwszym oglądanym przeze mnie mundialu, ale na to czas jeszcze przyjdzie. Póki co nadal mam piłkarski detoks.

Odpowiedzi: 11 do “życie cz.XV”

  1. dytko84 mówi:

    smutno, smutno, sentymentalnie, ale jak twórczo czasem…

  2. daftpunk81 mówi:

    no raczej ;)

  3. helga mówi:

    nie ma co się smucić, są ludzie, którzy potrafią się bawić. oglądając na fb zdjęcia z kontener art natrafiłam na fotkę niejakiego dziadka zenka z mięsnej, tam był link do jego fan page’u, no padłam, jak to zobaczyłam, zwłaszcza zdjęcia, które ludzi wrzucają na tę stronę. znasz Pana?:
    http://www.facebook.com/pages/Zenek-dziadek-z-Miesnej/120039478022111?ref=ts
    koleś umie się bawić i jest idolem poznańskiej młodzieży z tego, co widzę.
    hell yeah! :)

  4. helga mówi:

    skończyłam rozdział! jeszcze tylko wstęp, zakończenie i jeden podrozdział do rozdziału III i finisz! zapowiada się, że jutro wieczorem będzie wszystko gotowe :)
    (sorry, musiałam się podzielić!:) )

  5. daftpunk81 mówi:

    zajebiscie – pomijajac dziadka z miesnej – zajebiscie, z tym rozdzialem. ja dzis tez sie swietnie bawilam. bylam na wycieczce. co prawda mialam mala kontuzje, bo uderzylam sie w glowe, ale jadlam rumowa mysz!

  6. daftpunk81 mówi:

    a co do dziadka to dziadek mnie jakos w ogole nie smieszy. nie, no jakos nie…

  7. helga mówi:

    mnie dziadek też nie śmieszy – mnie dziadek inspiruje! jak widać można się bratać z młodzieżą i bawić wspaniela w każdym wieku. jestem pod wrażeniem jego zrozumienia dla współczesnej muzyki klubowej. przykładowo moi rodzice nie czają bazy totalnie jeśli o to chodzi :)

  8. daftpunk81 mówi:

    moi tez nie, oni tam wola Czeslawa ;)

  9. helga mówi:

    no włacha, więc jest to ewenement :)

  10. daftpunk81 mówi:

    no raczej.
    a jak tam dzis idzie praca?

  11. helga mówi:

    oj, dziś idzie chujowo, słońce mnie rozprasza, wyszłabym na dwór, pograła w badmintona czy coś. dziś jestem jakaś zdemotywowana. ale musze dziś skończyć pracę, tak sobie postanowiłam, więc odpalam tajgera zaraz i ruszam do boju :) od jutra muszę zacząć się uczyć na egzamin. ehh, życie…

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.