Moi znajomi i obcy ludzie z Internetu dzielą się na dwa typy: tych, którzy rzygają Laną i tych, którzy Lanę kochają. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej drużyny. Biorę Lanę z dobrodziejstwem inwentarza. Z napompowanymi ustami, z brakiem umiejętności śpiewania na żywo, z falstartem sprzed kilku lat, z ojcem milionerem, kwiatami we włosach, złotymi kolczykami i zwiewnymi kieckami.
Opętała mnie płyta Lany. Mimo że większość tych kawałków słuchałam już wcześniej po sto razy, to i tak leci i leci w kółko, i – jak znam siebie – jeszcze nie raz poleci. Opętała mnie ta płyta tak, jak kiedyś płyta Best Coast „Crazy For You”. To w zasadzie jest bardzo ważne w tym kontekście, bo obie panie i Lana i Bethany Cosentino z BC są z Kalifornii. I ich płyty – pozornie skrajnie różne – obie jakby specjalnie zostały stworzone po to, żeby ich słuchać latem, a do tego gdy ma się lekko niezdrową obsesję na punkcie jakiegoś chłopca, żeby nie powiedzieć, że się cierpi z miłości czy coś w tym stylu. I choć autorce pierwszej bliżej do Courtney Love, a drugiej do hollywoodzkiej gwiazdy z lat czterdziestych, to przekaz jest niesamowicie podobny. To właśnie te panie wiedzą jak wygląda California Love, a nie jakiś 2 Pac, czy kto to tam był.
Reasumując – bo co to właściwie za różnica czy w skórzanej kurtce, czy sukience w groszki wypatruje się kiedy million dollar man wejdzie wreszcie do pomieszczenia. Ubrany w białą koszul(k)ę i jeansy oczywiście.