acta srakta

27 Styczeń 2012

Jedna z moich przyjaciółek została ostatnio buddystką, inna poważnie zachorowała i wracając ze szpitala po drugiej stornie ulicy, przyszła do mnie na herbatę. Czająca się od środy w żołądku grypa wybuchła całą mocą, więc nawet nie mogłam napić się kawy, więc opowiadałyśmy sobie same złe rzeczy pijąc jedną herbatę za drugą.
Poszłyśmy ostatnio z Moją Prawie Już Byłą Współlokatorką do Meskaliny i przy stoliku obok siedział chłopiec, którego kosztem zabawiłam się kiedyś brzydko w Dragonie. Naśmiewałam się z niego z Kolegą, wierząc, że zasada najciemniej po latarnią naprawdę działa. A przecież jedyne, co chłopak zawinił to to, że był w chuj nudny i namawiał mnie na wielkanocne rekolekcje. Ale bez jaj, kurde, no przecież to było siedem lat temu. Czy za każdym razem jak mi się przydarzy coś nieprzyjemnego, to ten chłopiec będzie chodził za mną po mieście i przypominał mi, że też jestem świnia obrzydliwa. No bo to bez sensu jednak i nie fair trochę, żeby ta sama zła karma powracała co jakiś czas – cyklicznie i bezlitośnie. Niekoniecznie jest to kółko, spirala bardziej, ale jednak. Coś jakby się zacięło. Płyta Why? w odtwarzaczu. Ale przecież ja mam je na dysku, w mp3, więc to jest niemożliwe przecież.

„Jarhead” na tefałenie. Co prawda wolałabym „Czas Apokalipsy”, ale i tak obejrzę.

 

rozczarowanie

25 Styczeń 2012

Za to na jego zły koniec chciałam zacytować, a dokładniej – sparafrazować – jeden z wierszy Piotra Czerskiego. Jednak się rozmyśliłam gdzieś w połowie drogi między kopiuj a wklej.
Przypomniał mi się za to ten radosny dzień, kiedy PC we własnej wirtualnej osobie skomentował mój blog. Wiem, że nie ten, a tamten, ale to przecież tylko nieistotny szczegół.

szzzz

25 Styczeń 2012

Teledysk oczywiście. Na dobry początek dnia.

zrób mi jakąś krzywdę

23 Styczeń 2012

Temat Żulczyka ostatnio powraca. Jest coś w jego pierwszej książce, co sprawia, że uważam ją za uroczą. A ta piosenka – oczywiście w oryginale – ma tam szczególne znaczenie. Oto piękna pani z St.Vincent bierze na tapetę jeden z najbardziej wzruszających (i żenujących – po latach – kawałków). Smutek, czerń, tatuaże, czyli generalnie piękny początek tygodnia. Back to black w takim razie, bo nie można zapominać, że dziś mija także pół roku od śmierci Amy Winehouse.

zanim wjadą tagi

22 Styczeń 2012

Jadzia i Rafał się wyprowadzają. Tak więc wczoraj na Strzeleckiej odbyło się przyjęcie pożegnalne. Z winem i kalamburami. To było bardzo dobre przyjęcie pomijając fakt, że za cholerę nie wiedziałam jak pokazać „Opowieści z Narni”, a Adam okazał się najlepszym wymyślaczem tytułów, bo „Kiedy Harry poznał Sally” przerosło tamtą drużynę. Choć Oli szło bardzo, bardzo dobrze. Końcówka trochę mnie przerosła. Zaczęło się od niewinnej rozmowy, a efekt był gorszy niż podczas Sylwestra pod choinką. Nikt, absolutnie nikt tego nie planował. Czasem jest tak, że ktoś odczuwa z tobą tak dużą empatię i tak bardzo chce pomóc ci, dzieląc się swoim doświadczeniem, że może przedobrzyć. Aczkolwiek liczą się chęci. Swoją drogą to niesamowite, kiedy ktoś streszcza ci twoją własną historię „zza ściany” i opowiada o niej tak, że już samem nie wiesz czy naprawdę ci się to wszystko przydarzyło, czy nie.
Ale wracając do mieszkania na Strzeleckiej to tak, z pewnością Sylwester, o tak. Ten moment kiedy w odtwarzaczu poleciało „Disco 2000” i ruszyła lawina. Jestem osobą niesamowicie sentymentalna, co próbowałam wytłumaczyć wczoraj Cze. W mnie wszystko zaczyna się od takich właśnie kwestii. Możliwie, że nie do końca tak to powinno wyglądać, ale o jednym się przez te lata przekonałam. Mianowicie, jeśli chodzi o gry, szarady i kalambury, to gdybym była w drużynie z Danem (gdyby oczywiście był na przyjęciu) z pewnością byśmy wygrali, bo co jak co, ale w takich kwestiach rozumiemy się bez słów. Trzymać się więc będę zasady, że nic nie dzieje się przez przypadek, ani nie wydarza się na darmo.
Drugi ważny pobyt to ten z zaleganiem na dywanie przez połowinkami. Ale też impreza koralikowa, Nowy Rok z fotostory z otwieraniem wina, urodziny Jadzi po koncercie Novelle Vague i ostatnio – w lipcu, kiedy Jadzia wróciła z Melta.

?

22 Styczeń 2012

Może życie nie polega na tym, żeby ktoś kogo znasz zbyt długo, żeby udawać, że go nie znasz przytulił Cię i powiedział, że to nie jest chłopak dla ciebie i daj sobie spokój, a nie udawaj, że się bardziej uda niż odwrotnie. Że się nie ma co starać i uśmiechać, a dwa najbliższe tygodnie i tak wypadają z obiegu. Może nie jestem taka nudna i brzydka, jak myślałam, że to wszystko moja wina, tylko  znów -  życie. Albo i nie.

czasem potrzeba trzech dziewczyn, żeby przypomnieć sobie tytuł jednej piosenki

19 Styczeń 2012

Tak się tym zmęczyłyśmy, że ostatecznie żadna z nas nie miała siły na tańce.

kiedyś tam była piekarnia, ale teraz już jej nie ma

17 Styczeń 2012

Zaczął się sezon na trzydziestkijedynki. Poniedziałek, a jakby piątek. Depesze i telegramy. Znów wypłynął wątek porno. To odrobinę niezdrowe jednak, choć mnie bawi. Jamniki jakieś, płyty Plum.
Ten rok rozpoczęłam z silnym noworocznym postanowieniem, którego nie udaje mi się niestety w ogóle realizować. I nie jest to wynikiem mojej słabości lub braku konsekwencji lecz zdarzeń losowych, na które nic nie mogę poradzić. Powinien mnie więc dopaść wczoraj syndrom blue monday, bo przecież ta cała depresja właśnie się stąd bierze, że człowiek nagle sobie uświadamia, że jest nowy rok, a on ma stare problemy. Ja zyskałam nowy, więc przywdziałam kolorowe korale, za które zebrałam garść komplementów i poszłam na przyjęcie z nadzieją, że znajdę tam kogoś, kto zna rachunek prawdopodobieństwa na tyle dobrze, że mnie uspokoi. Niestety wszyscy fajni chłopcy w mieście nijak się na tym znają, choć oczywiście -  jak wszyscy chłopcy -  udają, że znają się na wszystkim.
Chodzi po prostu o to, że zgłosiłam się jakiś czas temu do banku dawców szpiku. Ponieważ ostatnio ciągle miałam jakieś problemy ze zdrowiem myślałam, że pewnie mnie i tak nie wezmą, więc nie ma się czego bać. To nie tak, że nie chcę oddać tego szpiku, bo chcę, krew przecież oddaję regularnie, ale to ponoć bardzo boli. Tak czy inaczej wczoraj otrzymałam oficjalne pismo informujące mnie o tym, że zostałam wciągnięta na oficjalną listę dawców i w każdej chwili mogą zadzwonić do mnie i zgłosić się po ten szpik. Więc spanikowałam oczywiście. Nie wiem, jaka jest szansa, że się zgłoszą. Mam drugą co do rzadkości grupę krwi w Polsce – B z minusem. Ma ją ponoć tylko 2% Polaków. Mniej, bo 1% jest tylko obywateli z grupą AB minus. I tutaj jest zadanie dla matematyka. Czy prawdopodobieństwo, że wśród chorujących na białaczkę są osoby z taką rzadką grupą jest duże czy małe? Czy mam większą szansę, że wygram w totolotka, albo że stanie się coś równie nieoczekiwanego (mam nawet pewien pomysł), niż to, że zechcą jednak ode mnie ten szpik? Bo ja już sama nie wiem czy to dobrze, czy źle, że mam taką, a nie inną grupę krwi. Julie Ty wiesz, że to jest pytanie do Ciebie. Tak czy inaczej czas na porzucenie alkoholu, unikanie osób palących, odpowiednie odżywianie się, biegi i wszelkie prozdrowotne aktywności. Jak już zechcą ten szpik to niech będzie dobrej jakości, a nie jakiś syf.

16 Styczeń 2012

Poszłyśmy wczoraj z Jadzią na spektakl „Ćma” w reżyserii Przemka. Ja, która całe życie pogardzałam teatrem, ostatnio podchodzę do niego bardzo emocjonalnie. Ciężko mi było podczas tego przedstawienia nie myśleć o Pani Profesor. Maciej też miał takie skojarzenia. Kilka dni wcześniej razem byliśmy w hospicjum i chyba żadne z nas nie umiało uciec od tego wspomnienia. Mam nadzieję, że jednak uda mi się zapamiętać Panią Profesor taką, jak ją widziałam przedostatni raz. Podczas jej jubileuszowego wykładu, którego nie chciała skończyć odgrażając się pół żartem, że to jej święto i może mówić ile chce.

Swoją drogą to był czwarty spektakl na jakim byłam w przeciągu roku i za każdym stał Przemek. Dzięki Misi (i jej mężowi oczywiście) moja antyteatralna fobia jakby trochę minęła. Na „Salto mortale” poszłam w tym roku nawet dwa razy. Pierwszy z Misią jakoś w kwietniu, a drugi latem, do Starej Gazowni. Założyłam wtedy moją ukochaną sukienkę, taką którą Ania uszyła mi na ślub Ampera, i którą wcześniej założyłam też na otwarcie Nowej Gazowni – co to ją zamknęli ostatnio. Ona bardzo rzuca się w oczy, ale najwyraźniej tamtego wieczoru nie zdała egzaminu.

Po spektaklu zostałyśmy chwilkę Pod Minogą, rozmawiając sobie przy kawie, która płynnie przeszła w piwo. Potem poszłyśmy na krótką chwilę do Meskaliny. Gdzie był Rafał oraz Ola z Marcinem i Dan, a nawet Cze się przewinął. Wszyscy byli wcześniej na jakimś koncercie. Dość krótkie to było spotkanie, ale jedno z przyjemniejszych ostatnimi czasy. Monika Olejnik, Rafał Bryndal, prokurator wojskowy, katastrofa smoleńska, Paszporty Polityki i moja Freudowska pomyłka. Swoją drogą ciekawe czy Honza dostanie ten paszport?

nawet deskorolki tego nie uratują

11 Styczeń 2012

To już oficjalne: nienawidzę swojego mieszkania. Przez pierwszy rok było ok., ale od lipca, odkąd zaczęłam szukać nowej współlokatorki wszystko zaczęło się układać nie tak. Najpierw ta zjebana laska, która zostawiała stare chleby i, jak się ostatecznie okazało, zajebała mi łyżkę wazową zwaną również chochlą. Łyżka była z IKEI, kosztowała jakieś pięć złotych i od dawna mam nową, więc nie o nią chodzi – chodzi o zasadę. Potem była awaria prysznica, kanalizy, odpływu, czegoś tam. Pamiętam ten sierpniowy dzień kiedy leżąc na kacu i po kilku ketonalach, ze świeżo złamaną nogą próbowałam ogarnąć rzeczywistość i zjeść odrobinę twarogu, żeby mój żołądek nie oszalał od nadmiaru wrażeń, zjawiła się jakaś stara baba, sąsiadka z dołu robiąc mi jazdę i informując mnie przy okazji, że zalałam jej łazienkę. Szczerze mówiąc nie wiem, co było dalej, bo ja zasnęłam a sprawą zajęła się właścicielka mieszkania, która miała tam odmalować. Tak czy inaczej starszej pani już tam nie ma, co ma istotne konsekwencje. Potem pojawiła się Moja Nowa Współlokatorka, która już niedługo będzie Moją Byłą Współlokatorką i ona wniosła odrobinę blasku w moją egzystencję. Ta poranna jajecznica, którą szykuje w weekendy – będzie mi tego brakowało… W międzyczasie jednak spadła na mnie kabina prysznicowa i popsuła się pralka. A potem przyszedł Arab, po nim dziewczyna z yorkiem (nie Tomem, tylko takim psem), która chciała zatrudniać panią do sprzątania i jakaś tipsiara o imieniu Beata (gdyby ona wyjęła z torebki albatrosa też bym się nie zdziwiła). Jednakże od Araba ja już tak naprawdę nie śledzę rozwoju sytuacji, mam wyjebane, zamykam się w sobie, chodzę spać o 23, gotuję obiady i uciekam do pracy. Ale wczoraj, wczoraj doszły jeszcze sąsiadki z dołu. Z deszczu pod rynnę, jak mawiają. Staruszka była niemiła, ale cicha, a te dwie za dnia uśmiechają się na klatce, przychodzą pożyczyć klucz od śmietnika i już, już myślę sobie, że fajnie, że może się zakolegujemy, kiedy nagle w środku tygodnia o pierwszej w nocy urządzają sobie karaoke party i drą się na całą pizdę (albo i dwie) eksploatując repertuar Varius Manx i Urszuli. Zanim zrozumiałam, że to zło, dmuchawce, latawce i wiatr zgwałciły mój umysł i miałam ochotę ubrać się w szlafrok, albo dres i iść zrobić im jazdę w środku nocy. Nienawidzę ludzi.
Do tego dokonałam ostatnio wstrząsającego odkrycia. Ma ono związek z moim do niedawna ukochanym zespołem. Nic, absolutnie nic nie jest w stanie przywrócić utraconej niewinności i bezkrytycznego spojrzenia. Nawet ten, do bólu nostalgiczny, ale nagrany do najchujowszego na świecie utworu teledysk.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.