To już oficjalne: nienawidzę swojego mieszkania. Przez pierwszy rok było ok., ale od lipca, odkąd zaczęłam szukać nowej współlokatorki wszystko zaczęło się układać nie tak. Najpierw ta zjebana laska, która zostawiała stare chleby i, jak się ostatecznie okazało, zajebała mi łyżkę wazową zwaną również chochlą. Łyżka była z IKEI, kosztowała jakieś pięć złotych i od dawna mam nową, więc nie o nią chodzi – chodzi o zasadę. Potem była awaria prysznica, kanalizy, odpływu, czegoś tam. Pamiętam ten sierpniowy dzień kiedy leżąc na kacu i po kilku ketonalach, ze świeżo złamaną nogą próbowałam ogarnąć rzeczywistość i zjeść odrobinę twarogu, żeby mój żołądek nie oszalał od nadmiaru wrażeń, zjawiła się jakaś stara baba, sąsiadka z dołu robiąc mi jazdę i informując mnie przy okazji, że zalałam jej łazienkę. Szczerze mówiąc nie wiem, co było dalej, bo ja zasnęłam a sprawą zajęła się właścicielka mieszkania, która miała tam odmalować. Tak czy inaczej starszej pani już tam nie ma, co ma istotne konsekwencje. Potem pojawiła się Moja Nowa Współlokatorka, która już niedługo będzie Moją Byłą Współlokatorką i ona wniosła odrobinę blasku w moją egzystencję. Ta poranna jajecznica, którą szykuje w weekendy – będzie mi tego brakowało… W międzyczasie jednak spadła na mnie kabina prysznicowa i popsuła się pralka. A potem przyszedł Arab, po nim dziewczyna z yorkiem (nie Tomem, tylko takim psem), która chciała zatrudniać panią do sprzątania i jakaś tipsiara o imieniu Beata (gdyby ona wyjęła z torebki albatrosa też bym się nie zdziwiła). Jednakże od Araba ja już tak naprawdę nie śledzę rozwoju sytuacji, mam wyjebane, zamykam się w sobie, chodzę spać o 23, gotuję obiady i uciekam do pracy. Ale wczoraj, wczoraj doszły jeszcze sąsiadki z dołu. Z deszczu pod rynnę, jak mawiają. Staruszka była niemiła, ale cicha, a te dwie za dnia uśmiechają się na klatce, przychodzą pożyczyć klucz od śmietnika i już, już myślę sobie, że fajnie, że może się zakolegujemy, kiedy nagle w środku tygodnia o pierwszej w nocy urządzają sobie karaoke party i drą się na całą pizdę (albo i dwie) eksploatując repertuar Varius Manx i Urszuli. Zanim zrozumiałam, że to zło, dmuchawce, latawce i wiatr zgwałciły mój umysł i miałam ochotę ubrać się w szlafrok, albo dres i iść zrobić im jazdę w środku nocy. Nienawidzę ludzi.
Do tego dokonałam ostatnio wstrząsającego odkrycia. Ma ono związek z moim do niedawna ukochanym zespołem. Nic, absolutnie nic nie jest w stanie przywrócić utraconej niewinności i bezkrytycznego spojrzenia. Nawet ten, do bólu nostalgiczny, ale nagrany do najchujowszego na świecie utworu teledysk.